środa, 27 marca 2013

CHAPTER 1.2: "Czyż nie uroczo?"

Mała siedmiolatka z wielką walizką biegła na przystanek. Nie chciała się spoźnić. Musiałaby wtedy znaleźć jakiś inny transport na dworzec, a nie chciała jechać "na stopa", bała się. Mama naopowiadała jej tyle o bardzo niemiłych, niekulturalnych, nietaktownych i niegrzecznych panach kierowcach, że czarnowłosa wolała ich unikać.
Walizka podskakiwała na każdej nierówności i była potwornie ciężka jak na taką mała dziewczynkę... ale na przystanek już tylko kilka kroków... coraz mniej...

***

Marlena
Jak zawsze mama musi przed moim odjazdem zajechać do swojego Jacusia.
Siedzę na kanapie, co chwila zerkając na zegarek. Mama zdaje się nie zauważać moich znaczących spojrzeń na drzwi i stukania nogą (zgodnie z rytmem wskazówki sekudowej) o podłogę. Siedzi jak gdyby nigdy nic, podparta łokciem o stół i wpatruje się maślanym wzrokiem na "Jackunia swojego". Znaczy dla mnie jeszcze póki co - pana Jacka. Póki co... dzięki Bogu.
Mama brzydka nie jest. Włosy w szalonym rudym (farbowane...) kolorze opadają nierówną falą na oparcie krzesła. Oczy (teraz wlepione w "Jacunia") okolone długimi i gęstymi rzęsami błyszczą szafirowo spod rudej grzywki. Mały nosek lekko okraszony drobnymi piegami marszczy się słodko, gdy się śmieje, a jej pełne, czerwone (wymalowane szminką...) usta odsłaniają wtedy równy rządzik bialszych od śniegu zębów. Długa szyja (ozdobiona małym motylkiem zrobionym z okazji moich narodzin i delikatnym srebrnym łańcuszkiem z zawieszonym na nim owalnym, posrebrzanym kawałkiem... czegoś) zwraca uwagę wszystkich wokół. Kiedyś nawet jakiś ktoś proponował jej rolę w reklamie Apartu... Zawsze nienagannie ubrana: szaro-srebrna koszula z rozpiętymi trzema górnymi guziczkami, biała, prosta spódnica przed kolano i w takim samym kolorze czternastocentymetrowe szpileczki (i oczywiście umie w nich chodzić!).
"Jacuś" z kolei to... wieprz. Serio. Wielki. Brudny. Śmierdzący. Gruby. Tłusty. Brak manier... Za to cóż, bogaty jak mało kto u nas w miasteczku. Mimo to nadal nie wiem, co mama w nim widzi.
Wzdycham teatralnie chyba po raz sto dwudziesty trzeci, kiedy w końcu udaje mi się zwrócić na siebie uwagę zakochańców.
- Mamo, może...?
- Siedź cicho - prycha pan Jacek. - Rozmawiam z twoją matką, trochę szacunku dla starszych!
I już znowu te przesłodzone uśmieszki. Rzygam.
- Mówiłaś coś, kochanie? - pyta nagle mama.
Zjeżdżam ją wzrokiem. No ile można na ciebie czekać! Zachowujesz się jak... no na pewno nie tak jak powinnamatka! Weź się kobieto ogarnij, bo ja muszę jechać do szkoły!
- Jasne, kochanie. Jedziemy.
Patrzę na nią jak na wariatkę. Jakby czytała moje myśli!
- Helu... - pan Jacek odkleja swój zadek od krzesła.
- Słyszałeś? Marlenka musi jechać do szkoły.
Teraz z kolei "Jacunio" patrzy na swoją ukochaną jak na megaświra.
Moja mama stoi już przy drzwiach. Czeka na mnie... znaczy raczej na pożegnanie z "Jacusiem".

***

Kacper
Stałem wciąż na dworcu z rodzicami i moim rodzeństwem (no i z Maryśką gdzieś w kącie), kiedy zobaczyłem nadjeżdżający samochód. Czarny, sportowy samochód zaparkował z gracją przed Szmaciarą. Ze środka wysiadła piękna blondynka o falowanych włosach sięgających bioder. Widziałem jej chytry uśmieszek, gdy powiedziała coś Maryśce. I wybuch śmiechu, gdy tamta oczywiście nie załapała. Dziewczyna odrzuciła grzywę do tyłu, a do moich uszu dotarł cudowny dźwięk jej głosu: "I ty chcesz być jedną z nas? Z tym płaszczem? Żenua!".
Po chwili piękność witała się z moimi siostrami. Kiedy podeszła do mnie w jej szafirowych oczach dostrzegłem ten sam blask co przed wakacjami. Już czułem, że ten rok będzie czymś wielkim.
- Cześć Kacper - szepnęła, wieszając się mi na szyi. - Ładnie pachniesz, mrrrr...
- Witaj Marlenko - objąłem ją w talii. - Cudownie wyglądasz, moja piękna.
Blondynka wyrwała mi się z ramion z sykiem:
- Nie jestem twoja... jeszcze!
Usłyszałem chichot Tinki, ukrywany śmiech Danieli i rżenie Ireny. No tak, nie ma to jak dyskretne rodzeństwo.
- No, Marlena, świetnie zrobiły ci te wakacje w Malezji, kochana! - mama już przejęła kontrolę nad sytuacją i zajęła się boską blondynką.
Od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ja w szkole wiedziałem, że muszę ja mieć. I byłem coraz bliżej celu... Oj tak...

***

Maria
Wiatr rozwiewał mi poły płaszcza. Roześmiani, szczęśliwi z życia Złotokrwiści co chwila rzucali głośne uwagi co do mojej rodziny, ubrań, rzeczy... Do wszystkiego co mieli lepsze. Jedynym z czym nie mogli się do mnie równać był mój Talent i idące za tym Zdolności.
Dobrze pamiętam pierwsze spotkanie z moim Opiekunem...

- Słuchaj, Złoci będą ci może mega dogryzać... Po pierwsze: twoje niepewne pochodzenie. To zawsze ich boli, że ktoś z "szarych" się wychyla i wdrapuje do ich świata - mówił z ironią. - Poza tym, nie jesteś całkowicie zwykła. To co przydarzyło ci się w kuchni było najlepszym dowodem tego. Wszyscy opanowują po jednej dziedzinie. Ty otrzymałaś najrzadszy i najtrudniejszy z możliwych Talentów: Tajemnicę Mocy. Jesteś jedyną dżinką o takiej sile, czyż nie uroczo?

Na samą myśl o Michale uśmiech wpełzał mi na twarz. Jeden z niewielu z naszego Gatunku, który mnie nie odtrąca. Może i to jego obowiązek, jednak... wykonuje go nader starannie...
Usłyszałam huk.
Pociąg powoli toczył się w naszą stronę...

Więc pora na kolejny rok nauki.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy Złoci z mojego miasteczka wsiedli do dalekiego ode mnie wagonu.
- Poczekamy jeszcze piętnaście minut. Ma dojść ktoś nowy i lekko się zagubił na tych waszych uliczkach...

______________________________________

Ta daaaaaaaaam.
Chapter two, jak obiecałam :)

Mam nadzieję, że się podoba ;**

Jeżeli znajdziecie błędy - piszcie!

Zdrówka życzę!

Wasza (zmęczona) Cupcake.

PS Dedyk dla AAlexy ;***

PS2 Możliwe, że nie będę miała jak komentować Waszych blogów again - skończył mi się transfer na komie ;< Ale zrobię co mogę, żeby choć przeczytać!

wtorek, 26 marca 2013

CHAPTER 1.1: "Po tatusiu"

- Masz wszystko, kochanie? - zapytała z przesłodzonym uśmieszkiem dorosła ciemnowłosa kobieta.
- Tak, mamo - odparła pokornie siedmioletnia dziewczynka, trzymająca za rączkę walizkę wielkości jej samej.
- Dobrze. To idź. Zaraz autobus podjedzie.
Ciemnowłosa dziewczynka wybiegła z domu, bez pożegnania, ze łzami w oczach. Nie wiedziała kiedy i czy w ogóle kiedykolwiek wróci w swoje rodzinne strony. Wszystko przez małą wpadkę w kuchni. Ale ona przecież tego nie zrobiła! No bo jak niby...?

***

MARIA

Potwornie tu zimno - pomyślałam, próbując szczelniej otulić się starym, obdartym płaszczem. Zerknęłam na zegarek. - Tyle lat minęło a pociąg nadal się spóźnia... Tu naprawdę nic się nie zmienia!
Wiatr niemiłosiernie targał moimi włosami. Jako że jestem kim jestem są one dość charakterystyczne. Od urodzenia są niesamowicie gęste i nad wyraz ciemne. Co więcej, urodziłam się z kilkoma pasemkami koloru moich oczu. Nie byłoby to takie dziwne, gdyby były czarne czy brązowe. Moje jednak są wyraziście chabrowe. Doskonale pamiętam, jak mama mi to tłumaczyła...

Siedziałam wtedy na małym, fioletowym, plastikowym krzesełku przy niewielkim, żółtym stoliczku, jedząc jakąś kaszkę z różowego talerzyczka. Miałam może trzy latka. Na nogach za duże kapcie mamy, na głowie jej słomiany kapelusz. Bawiłam się w restaurację. Kiedy zanurzyłam zieloną łyżeczkę w kaszce, wpadł do niej chabrowy kosmyk moich włosów.
- Mamuniu... Dlaciego ja mam takie kolioliowe włośki?
- Bo... Kochanie... To... Po tatusiu. Tatuś też miał takie. Tak. To po tatusiu.
Z zadowoleniem przyklasnęłam. Wierzyłam we wszystkie bajeczki o tacie. Nie znalazłam go. Wiedzę czerpałam właśnie z opowieści mamy.
- Tatuś się z takimi uliodził?
- Yyyy... Tak kochanie - uśmiechnęła się do mnie. - A teraz proszę szanownej pani, rachuneczek.
- Dobzie, ile płacę?

Mama zawsze potrafiła skutecznie odwrócić moją uwagę. Sprytnie zmieniała temat, albo kazała mi coś przynieść... Byłam mała i głupia, dlatego tego nie zauważałam.
Kiedy jednak moja Zdolność dała o sobie znać nie mogła dłużej udawać. Powiedziała mi w końcu prawie całą prawdę, którą zatajała przede mną całe siedem lat. Nie wiem po co to robiła, skoro znała zasadę: "z ojca na córkę, z matki na syna", dzięki której nasz Gatunek trwa.
Na peronie było cicho i pusto. Miałam czas, by wszystko sobie przemyśleć. Jak co roku przed odjazdem. Zawsze byłam za wcześnie a pociąg spóźniał się. Za każdym razem to samo...
Nie było miejsca by usiąść (chyba że lubi się siedzieć na popękanych, brudnych, zakrwawionych i obdrapanych ławeczkach), no ewentualnie w powietrzu, co jednak zwróciłoby uwagę nielicznych przechodniów, a o tym nie marzyłam.
Rozglądałam się po okolicy w nadziei, że zaraz przyjdzie ktoś taki jak ja i stanie obok mnie. Jak zwykle jednak nikomu się nie spieszyło. A podobno świat teraz tak strasznie pędzi...
Las otaczający "dworzec" był gęsty i nieprzenikniony. Mogę się założyć, że mieszkają tam wilkołaki i centaury! Ciekawość zawsze ciągnęła mnie, by się tam rozejrzeć jednak powstrzymywał mnie rozsądek i strach. Obiecałam sobie, że kiedy skończę szkołę i będę całkowicie panowała nad Zdolnością, wybiorę się pozwiedzać te intrygujące miejsce.
Wodziłam wzrokiem po linii lasu, kiedy dojrzałam kilka zbliżających się w moją stronę postaci. Przypominały cienie. Wiedziałam jednak, kto idzie. Nie dało się ich z nikim pomylić.
Błagałam jednak, żeby był to ktoś inny.

***

Daniela

Szłam dumnym, równym krokiem. Starałam się, jednak potwornie ciężko było nadążyć za moim starszym bratem, dwoma siostrami i rodzicami. Wszyscy mieliśmy kasztanowe włosy i przenikliwe szare oczy. Jedynie Irena była inna. Miała długie blond włosy i chytre błękitne spojrzenie. Kroczyła na samym przedzie, tuż przed rodzicami. Wszyscy byli z niej tacy dumni. Wzorowa uczennica, jako pierwsza na roku zapanowała nad swoim umysłem, jako pierwsza w historii w wieku siedmiu lat potrafiła prawidłowo korzystać ze swojej Zdolności, jako pierwsza ze swojego roku zatańczyła na słynnym Balu Przesilenia, została trzykrotnie miss szkoły... Dużo by tego wymieniać. Przy każdym spotkaniu rodzinnym wysłuchiwałam jaka to Ircia cudna. Aż niedobrze się robi.
Już wolałam słuchać o Kacprze i jego dokonaniach sportowych czy Tince i jej talencie artystycznym. O mnie praktycznie nigdy nie było mowy. Jestem środkowym dzieckiem. Irena jest najstarsza, tuż po niej jest Kacper, potem ja, Tinka i najmłodszy jest półroczny Wiktor. Nie zostałam specjalnie obdarowana. Oprócz Zdolności raczej niczym specjalnym się nie odznaczałam. Zwykła, wysoka i koścista szesnastolatka...
- Patrzcie, punktualna się znalazła - usłyszałam tuż przed sobą. Tina wskazywała niską, czarnowłosą dziewczynę.
Szczerze mówiąc ja wolałam jej nie drażnić. Mimo jej niezbyt imponującego wyglądu jej Talent i Zdolności były niesamowite. Na roku wszyscy robili z niej popychadło, nie chcieli by czuła się silna. Bali się. Zawsze mnie to śmieszyło - gdy człowiek boi się człowieka stara się go zastraszyć. To ludzka logika...
- Tak, jak zwykle w swoim przecudnym płaszczyku - zaśmiała się Irena. - Dana, bejbi, ile lat ona już w nim chodzi?
- Cztery - odparłam, zadyszana.
- Serio? - prychnął Kacper. - To szmata nie płaszcz. Dlaczego ona nadal w tym chodzi? Nie może kupić sobie czegoś nowego?
- Widać jej nie stać - syknęłam mama, zarzucając kasztanowymi włosami. - Plebs.
Zbliżaliśmy się do peronu. Zobaczyłam przestrach na twarzy dziewczyny. Strasznie jej współczułam, jednak solidarność rodzinna kazała mi prychnąć na nią, gdy tylko podeszłam dostatecznie blisko by usłyszała.
Od razu się odsunęła, robiąc nam dużo więcej miejsca niż potrzeba.
- Te, Maryśka, nie potrzeba ci nowej szmaty? Ta już jest chyba wystarczająco wyszarpana, możesz nią ewentualnie wypolerować nam podłogi... Może chcesz tak dorobić? - zasyczał Kacper w stronę czarnowłosej dziewczyny. Cała rodzina ryknęła śmiechem. Ja także zmusiłam się do chamskiego chichotu.
Maryśka skuliła się i usunęła na koniec peronu.
A mnie zrobiło się potwornie głupio.
________________________________________
Mam nadzieję, że się podoba *.* Bo się napracowałam nad tym rozdzialikiem ;>
Proszę o szczere opinie... Każde słowo się liczy!
Jak znajdziecie jakieś błędy - też piszcie! c;
Czekam na słowa miłe i te krytyczne :D
Pozdrawiam!
Wasza Cupcake.
PS Dedyk dla moich kochanych AAlexy, Hermioniji ;***