Mała siedmiolatka z wielką walizką biegła na przystanek. Nie chciała się spoźnić. Musiałaby wtedy znaleźć jakiś inny transport na dworzec, a nie chciała jechać "na stopa", bała się. Mama naopowiadała jej tyle o bardzo niemiłych, niekulturalnych, nietaktownych i niegrzecznych panach kierowcach, że czarnowłosa wolała ich unikać.
Walizka podskakiwała na każdej nierówności i była potwornie ciężka jak na taką mała dziewczynkę... ale na przystanek już tylko kilka kroków... coraz mniej...
***
Marlena
Jak zawsze mama musi przed moim odjazdem zajechać do swojego Jacusia.
Siedzę na kanapie, co chwila zerkając na zegarek. Mama zdaje się nie zauważać moich znaczących spojrzeń na drzwi i stukania nogą (zgodnie z rytmem wskazówki sekudowej) o podłogę. Siedzi jak gdyby nigdy nic, podparta łokciem o stół i wpatruje się maślanym wzrokiem na "Jackunia swojego". Znaczy dla mnie jeszcze póki co - pana Jacka. Póki co... dzięki Bogu.
Mama brzydka nie jest. Włosy w szalonym rudym (farbowane...) kolorze opadają nierówną falą na oparcie krzesła. Oczy (teraz wlepione w "Jacunia") okolone długimi i gęstymi rzęsami błyszczą szafirowo spod rudej grzywki. Mały nosek lekko okraszony drobnymi piegami marszczy się słodko, gdy się śmieje, a jej pełne, czerwone (wymalowane szminką...) usta odsłaniają wtedy równy rządzik bialszych od śniegu zębów. Długa szyja (ozdobiona małym motylkiem zrobionym z okazji moich narodzin i delikatnym srebrnym łańcuszkiem z zawieszonym na nim owalnym, posrebrzanym kawałkiem... czegoś) zwraca uwagę wszystkich wokół. Kiedyś nawet jakiś ktoś proponował jej rolę w reklamie Apartu... Zawsze nienagannie ubrana: szaro-srebrna koszula z rozpiętymi trzema górnymi guziczkami, biała, prosta spódnica przed kolano i w takim samym kolorze czternastocentymetrowe szpileczki (i oczywiście umie w nich chodzić!).
"Jacuś" z kolei to... wieprz. Serio. Wielki. Brudny. Śmierdzący. Gruby. Tłusty. Brak manier... Za to cóż, bogaty jak mało kto u nas w miasteczku. Mimo to nadal nie wiem, co mama w nim widzi.
Wzdycham teatralnie chyba po raz sto dwudziesty trzeci, kiedy w końcu udaje mi się zwrócić na siebie uwagę zakochańców.
- Mamo, może...?
- Siedź cicho - prycha pan Jacek. - Rozmawiam z twoją matką, trochę szacunku dla starszych!
I już znowu te przesłodzone uśmieszki. Rzygam.
- Mówiłaś coś, kochanie? - pyta nagle mama.
Zjeżdżam ją wzrokiem. No ile można na ciebie czekać! Zachowujesz się jak... no na pewno nie tak jak powinnamatka! Weź się kobieto ogarnij, bo ja muszę jechać do szkoły!
- Jasne, kochanie. Jedziemy.
Patrzę na nią jak na wariatkę. Jakby czytała moje myśli!
- Helu... - pan Jacek odkleja swój zadek od krzesła.
- Słyszałeś? Marlenka musi jechać do szkoły.
Teraz z kolei "Jacunio" patrzy na swoją ukochaną jak na megaświra.
Moja mama stoi już przy drzwiach. Czeka na mnie... znaczy raczej na pożegnanie z "Jacusiem".
***
Kacper
Stałem wciąż na dworcu z rodzicami i moim rodzeństwem (no i z Maryśką gdzieś w kącie), kiedy zobaczyłem nadjeżdżający samochód. Czarny, sportowy samochód zaparkował z gracją przed Szmaciarą. Ze środka wysiadła piękna blondynka o falowanych włosach sięgających bioder. Widziałem jej chytry uśmieszek, gdy powiedziała coś Maryśce. I wybuch śmiechu, gdy tamta oczywiście nie załapała. Dziewczyna odrzuciła grzywę do tyłu, a do moich uszu dotarł cudowny dźwięk jej głosu: "I ty chcesz być jedną z nas? Z tym płaszczem? Żenua!".
Po chwili piękność witała się z moimi siostrami. Kiedy podeszła do mnie w jej szafirowych oczach dostrzegłem ten sam blask co przed wakacjami. Już czułem, że ten rok będzie czymś wielkim.
- Cześć Kacper - szepnęła, wieszając się mi na szyi. - Ładnie pachniesz, mrrrr...
- Witaj Marlenko - objąłem ją w talii. - Cudownie wyglądasz, moja piękna.
Blondynka wyrwała mi się z ramion z sykiem:
- Nie jestem twoja... jeszcze!
Usłyszałem chichot Tinki, ukrywany śmiech Danieli i rżenie Ireny. No tak, nie ma to jak dyskretne rodzeństwo.
- No, Marlena, świetnie zrobiły ci te wakacje w Malezji, kochana! - mama już przejęła kontrolę nad sytuacją i zajęła się boską blondynką.
Od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ja w szkole wiedziałem, że muszę ja mieć. I byłem coraz bliżej celu... Oj tak...
***
Maria
Wiatr rozwiewał mi poły płaszcza. Roześmiani, szczęśliwi z życia Złotokrwiści co chwila rzucali głośne uwagi co do mojej rodziny, ubrań, rzeczy... Do wszystkiego co mieli lepsze. Jedynym z czym nie mogli się do mnie równać był mój Talent i idące za tym Zdolności.
Dobrze pamiętam pierwsze spotkanie z moim Opiekunem...
- Słuchaj, Złoci będą ci może mega dogryzać... Po pierwsze: twoje niepewne pochodzenie. To zawsze ich boli, że ktoś z "szarych" się wychyla i wdrapuje do ich świata - mówił z ironią. - Poza tym, nie jesteś całkowicie zwykła. To co przydarzyło ci się w kuchni było najlepszym dowodem tego. Wszyscy opanowują po jednej dziedzinie. Ty otrzymałaś najrzadszy i najtrudniejszy z możliwych Talentów: Tajemnicę Mocy. Jesteś jedyną dżinką o takiej sile, czyż nie uroczo?
Na samą myśl o Michale uśmiech wpełzał mi na twarz. Jeden z niewielu z naszego Gatunku, który mnie nie odtrąca. Może i to jego obowiązek, jednak... wykonuje go nader starannie...
Usłyszałam huk.
Pociąg powoli toczył się w naszą stronę...
Więc pora na kolejny rok nauki.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy Złoci z mojego miasteczka wsiedli do dalekiego ode mnie wagonu.
- Poczekamy jeszcze piętnaście minut. Ma dojść ktoś nowy i lekko się zagubił na tych waszych uliczkach...
______________________________________
Ta daaaaaaaaam.
Chapter two, jak obiecałam :)
Mam nadzieję, że się podoba ;**
Jeżeli znajdziecie błędy - piszcie!
Zdrówka życzę!
Wasza (zmęczona) Cupcake.
PS Dedyk dla AAlexy ;***
PS2 Możliwe, że nie będę miała jak komentować Waszych blogów again - skończył mi się transfer na komie ;< Ale zrobię co mogę, żeby choć przeczytać!